Aktualności

Echo Trombity 2019

I oto nasz pierwszy poważny konkurs, a tak właściwie to pierwszy w ogóle jakikolwiek konkurs. Dotychczas graliśmy tylko „z okazji”. Z okazji Bożego Narodzenia, z okazji Wielkanocy, Dnia Babci i Dziadka, a nawet z okazji Święta Muzyki Dętej niedaleko Monachium. No ale w konkursie jeszcze udziału nie braliśmy.

Przygotowania były trudne, tym bardziej, że Kapelmistrz podszedł do tematu bardziej niż poważnie i nie było żadnego zmiłuj. Była ostra jazda, dodatkowe czwartkowe próby, nie było miejsca na żarty. No dobra, żarty się na próbach zawsze się zdarzają, ale tym razem  trzeba było uważać, bo można było ostro po uszach dostać. Przebrnęliśmy przez to z trudem i poszliśmy grać.

Echo Trombity składają się z dwóch części. Eliminacje, które w naszym przypadku odbywały się w Wieliczce. Później, na tych którzy dobrze wypadli w eliminacjach czekał finał. Finał odbywa się w Nowym Sączu w Miasteczku Galicyjskim.

Jak już wspomniałem eliminacje były dla naszym pierwszym konkursem. Z jednej strony czuliśmy z tego powodu taką pewną nieśmiałość i napięcie. Z drugiej strony było poczucie, że dopiero zaczynamy, że jesteśmy najmłodszą orkiestrą w konkursie i będzie jak będzie. To dawało nam trochę wewnętrznego spokoju i niewątpliwie dobrze nam zrobiło na psychikę. Tego zdania na pewno nie podzielał Kapelmistrz, który szedł tam z nami tylko w jednym celu. Mieliśmy zagrać pięknie. Najpiękniej jak umiemy. Gramy nie dla konkursu, ale dla muzyki. No i zagraliśmy. Nie wszystko poszło idealnie, dopiero zapoznajemy się ze sceną i zasadami jakimi się ona rządzi, ale wypadliśmy naprawdę dobrze. Na tyle dobrze, że ku naszemu szczeremu zaskoczeniu zajęliśmy zaszczytne drugie miejsce. To naprawdę był sukces. Pierwszy konkurs i wysunęliśmy się przed wiele orkiestr, które grają od nas dłużej, mają większe doświadczenie. Niewątpliwą była tu zasługa Kapelmistrza, który od początku nie dawał nam taryfy ulgowej. Męka przez którą przy nim przeszliśmy dała efekt. Warto było.

Zdobyliśmy drugie miejsce i zakwalifikowaliśmy się do finału.

Nasza radość była wielka, ale za dużo czasu na jej okazywanie nie mieliśmy. Zaraz po eliminacjach zaczął się hardcore. Tym razem oprócz poprawiania konkursowego repertuaru doszło (dla nas) istne szaleństwo. No bo jak inaczej nazwać to czego my dopiero zaczynaliśmy się uczyć. Granie w marszu. Po krótce polega to na tym, że należy:
1. patrzeć na buławę Kapelmistrza
2. patrzeć na plecy i nogi Kapelmistrza, żeby utrzymywać prawidłową odległość od niego (lub osobnika, który idzie w rzędzie przed tobą)
3. patrzeć na boki, żeby cały czas trzymać odpowiednią odległość od osoby z lewej i prawej strony
4. pilnować wszystkich poleceń dawanych przez Kapelmistrza
5. patrzeć w nuty
No…. chyba tyle. A! Jeszcze jedno, bym zapomniał. No grać jeszcze przecież trzeba i to ładnie i w rytmie. No i stroić, stroić! To jest naprawdę trudne i wymaga ogromnego skupienia.


Gramy razem od ponad 1,5 roku, ale marszu wiele nie ćwiczyliśmy. Teraz w krótkim czasie musieliśmy naprawdę opanować tę sztukę. Ostatnie dwie próby przed finałem dostaliśmy jasny komunikat. Albo w końcu się nauczymy, albo odwołujemy udział w finale, bo nie będziemy tam jechać tylko po to, żeby się skompromitować. Nie wiem czy z tego czy z innego powodu, ale daliśmy radę na tyle, że nie musieliśmy odwoływać wyjazdu. Jak udał się konkursowy przemarsz? Daleko do ideału, ale jak na pierwszy raz wyszło nieźle. Nie obyło się bez wpadek, ale zostaliśmy zauważeni.

Wyróżnienie I stopnia. 

Może nie jest to miejsce na podium, ale żałować nie musimy. Zostaliśmy szczerze pochwaleni przez komisję i jak na pierwszy raz daliśmy radę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *